Raz na jakiś czas mam ochotę zjeść tłustą, smażoną kiełbasę. Słyszę, że niezdrowe? Naprawdę? Tak, proszę Pani w zielonym płaszczu, na końcu sali, usłyszałem. I co z tego? Wiele rzeczy z tych, które robimy są albo niezdrowe. Właściwie to większość. Taka mała, tłusta kiełbasa nie powinna chyba niczego przeważać? Czasami szczególnie. Co oznacza czasami? No czasami. Odczep się od tego czasami, mogłem napisać od czasu do czasu? Tak? No mogłem.

Ok.

Od czasu do czasu kupuję sobie w Warszawie kawałek kiełbasy w celu porządnego wysmażenia i uzyskania pół-skwarka ociekającego tłuszczem. I tu się zaczynają schody. Niezależnie gdzie kupuje, niezależnie od tego czy za 6 PLN czy za 26 PLN za kilogram, moje próby wytapiania tłuszczu kończą się na odparowaniu jakiejśtam części wody, która razem z konserwantami, tworzy szklistą i twardą powłokę na dnie patelni. Sama kiełbasa jest oczywiście troszkę mniejsza, troszkę przypieczona i … sucha jak pustynia. Paskudztwo.

Dziś trawiony przez rotawirusy i gorączkę pozostałem w domu, na mojej wsi zabitej dechami. Z konieczności musiałem udać się do pobliskiego, stosującego koszmarne marże (może w skutek setki hurtowni po drodze) sklepu, gdzie tknięty chcicą zanabyłem kawałek kiełbasy na stłuszczenie.

Moja radość była tym większa, że kiełbasa skwiercząc wesoło nie traciła wody, tylko tłuszczyk, który potem mogłem sobie pajdą chleba do sucha wyczyścić.

Moja radość sięgnęła tego stopnia, że postanowiłeś się z Wami tym podzielić.

Smacznego.